Chodzi mi o faktycznie cholernie zły dzień, kiedy całość się wali, natomiast wieczorem siedzicie na kopcących zgliszczach swojego życia, nie będąc w stanie pojąć, co się tak naprawdę stało. W takich chwilach przypomina mi się w każdym przypadku historia kolegi, jaki nie zobaczył, że wypadł mu z kieszeni portfel, kiedy pod swoim domem wysiadał z wozu. Dopiero jadąc windą, wyczuł, iż czegoś nie ma w kieszeni. Na nieszczęście, gdy wybiegł z powrotem na ulicę, portfela już nie było. Szkoda była istotna, był dzień wypłaty i łącznie z portfelem przepadła pełna pensja. Zrozpaczony kolega, dając upust złości, z całej siły uderzył pięścią w maskę swojego wozu. Standardowo, w zwykły dzień, uderzenie nie dokonałoby na pojeździe żadnego wrażenia, ale to był zły dzień i karoseria nieznacznie się wgięła. Pełnemu zajściu przyglądało się dwóch młodych chłopców. za prośbą mojego znajomego obiecali, iż spróbują odszukać zgubę.

Nie minęło więcej niż kilka minut, gdy zadzwonili do jego drzwi. Przez sekundę zdawało się, iż fortuna odwróciła się, ale nie, to była jedynie podpucha. Mój kolega odebrał portfel, wypłacił chłopcom znaleźne i rozpoczął nerwowo badać, czy zginęły pieniądze. Dla kogoś spoglądającego z boku ich brak w oddanym przez złodziei portfelu byłby ewidentny, jednak kiedy klęska dotyka nas samych, do końca łudzimy się, iż wyjdziemy z niego bez szwanku, a w najgorszym razie nieznacznie tylko poturbowani. Historia z karoserią powinna mojego kolegę czegoś nauczyć, jednakże to był marny dzień i nie skumał nauczki. Gdy w końcu przekonał się, że pieniądze zostały skradzione, z taką złością rzucił portfelem o ścianę, iż rozwalił go na fragmenty. Po posadzce rozsypała się pełna zawartość, między innymi skryte pod podszewką listy miłosne od dziewczyny, z którą rok przedtem romansował poprzez kilka tygodni. Sekundę później jeden z liścików podniosła z podłogi jego żona…

Przez wiele, wiele lat mój kolega narzekał na marny los, zaś jakkolwiek to on osobiście w piętnaście minut zepsuł własny wóz, zgubił pieniądze a także zniszczył nie najgorsze, w gruncie rzeczy, małżeństwo. Biedny głupiec – rozmyślałem utwierdzony, że mnie coś takiego nie mogłoby się zdarzyć.

Obecna zabudowa rynku i okolicznych ulic pochodzi tak naprawdę z pierwszej połowy XIX wieku. Tylko kościoły w centrum miasta pamiętają wcześniejsze wieki. 100 metrów od rynku zobaczymy kościół farny św. Trójcy z dobudowaną kaplicą Bractwa Literackiego, które obejmowało kaganek oświaty mieszkańcom miasta. Każdy członek musiał nauczyć czytania w ciągu roku trzech mężczyzn lub… jedną kobietę.

Po drugiej stronie rynku mieści się kościół oraz klasztor Franciszkanów, powstały z fuzji dwóch świątyń: Franciszkanów (nawa fundamentalna) i Klarysek (nawa boczna). Kościół św. Jana jest najcenniejszym po katedrze zabytkiem miasta, usytuowany w ościennej dzielnicy Grzybowo. Jego największą atrakcją jest gotycka polichromia prezbiterium.

Na wschodniej ścianie mieszczą się dołki wydrążone w cegle. Identyczne możemy znaleźć w kościele św. Michała. Wyżłobienia o rozmiarze do 5 cm oraz głębokości od 2 do 4 cm miały być wyżłobione palcami średniowiecznych pielgrzymów, pokutujących w taki sposób za grzechy. Inni sądzą że powstały z powodu ucierania proszku o właściwościach leczniczych. W rzeczywistości są efektem krzesania ognia tzw. świdrem ogniowym w dzień soboty wielkanocnej.

Wyjątkową atrakcją wyspy jest nocne safari. Chodząc po wyjątkowych szlakach, turyści podpatrują zwierzęta prowadzące nocny tryb życia. Dobrze jest też bodaj na moment wstąpić do Singapurskiego Centrum Nauki, zjechać kolejką linową z góry Faber, zobaczyć z bliska Świat Smoków. Każda atrakcja została trafnie wyceniona i by to wszystko zobaczyć, należy wysupłać nie mniej niż 100 dolarów na osobę. Za to darmowo można obejrzeć największą na świecie fontannę, następne singapurskie „naj”. Prawdę mówiąc, fontanna może imponować rozmiarami, choć z pewnością nie pięknem. Jest to ponieważ olbrzymia metalowa obręcz ustawiona na ogromnych metalowych łapach. Wyłącznie wieczorową porą, w czasie spektaklu światła i dźwięku, fontanna zmienia się w bajeczną deszczową kurtynę, na której lasery rysują obrazy.

W porze wieczoru miasto przypomina okazałą choinkę. Wszędzie błyskają lampiony, neonówki, barwne witryny. Astronomiczne wieżowce SunTec City w nocy obwiedzione są jedynie świetlnymi kreskami. Wyglądają po prostu nierealnie. W hotelu „Raffles” żółte lampiony witają gości. Leniwe wody Singapore River odbijają tysiące świateł restauracji, pubów i kafejek. Tu wypoczywa się po nużącym dniu spędzonym w pracy, spotyka przyjaciół, konsumuje najbardziej dziwaczne dania. Rozbrzmiewająca zewsząd muzyka zagłusza słowa, lecz to jeszcze 1 plus tego miejsca, bowiem Boat Quay jest ulubionym punktem nieoficjalnych spotkań biznesmenów. Tutaj nad szklano-bambusowymi stolikami padają słowa przekształcające oblicze tegoż miasta. Rozmowy przeplatają się ze śpiewami karaoke a także z wystrzałami szampana. To jedyna strzelanina, jaką słychać w mieście. Wszak Singapur jest krajem porządku.