Nie wszyscy wiedzą, że jezioro Żarnowieckie jest jednym z największych jezior na terenie Polski. Jezioro to ma dużą powierzchnię wynoszącą 1431 hektarów, 7,6 km długości jak również 2,6 kilometra szerokości. Maksymalna głębokość tego malowniczego i rozległego jeziora wynosi 16 metrów i co ważne, dno tego jeziora znajduje się pod poziomem morza, co określa się mianem kryptodepresji. Jego położenie w stosunku do morza jest naprawdę atrakcyjne. Od plaży w Dębkach i Karwi, dzieli je wyłącznie piętnaście do dwudziestu minut drogi, co bez wątpienia będzie bardzo atrakcyjne dla osób, które lubią ciekawy krajobraz. Z pewnością wspaniale jest relaksować się nad uroczym jeziorem, a kilkanaście minut znaleźć nad majestatycznym morzem.

Wody zbiornika Żarnowieckiego wykorzystywane są przez elektrownie wodną, to powód, że wahania poziomu wody w trakcie doby są łatwo zauważalne. Ciekawostką jest też to, że miała tu niegdyś powstać pierwsza na terenie naszego kraju elektrownia atomowa jednakże jej budowy zaniechano. Po tym projekcie pozostały jedynie budynki, co stwarza tu niezwykły i dość tajemniczy industrialny nastrój.

W literaturze wyczytałem: „szybowiec” – statek powietrzny bez silnika; lata wskutek wyzyskiwania energii potencjalnej położenia oraz energii kinetycznej prądów wznoszących powietrza atmosferycznego”. Powiało grozą, a przynajmniej zupełnym brakiem romantyzmu, o którym tak wiele słyszałam od pasjonatów szybownictwa. Jeszcze dziś mam w pamięci słowa jednego z nich: „Pierwsze przeloty szybowcowe pamięta się do końca życia i idealizuje jak pierwszą miłość”. To w tej chwili zadecydowałam wejść do niewielkiego statku powietrznego. Zapragnęłam wznieść się ku niebu, poszybować, być wśród wąskiej grupki ludzi-ptaków. Wśród tych, dla których szybownictwo jest konieczne do egzystencje uzależniającym narkotykiem a także sportem przez duże „S”. Którzy w chmurach czują się jak ryba w wodzie, natomiast na lotnisku znajdują drugi dom.

Żar, czarodziejska góra przeglądająca się w spienionych wodach Soły. Raj dla szybowników a także glajciarzy. Od tak hipnotyzuje własnym urokiem, nagradzając tych, którzy dotrą na jej szczyt, romantyczną panoramą i niespotykanymi zjawiskami (auta pozostawione na biegu neutralnym same wjeżdżają pod górę). Jednak ja nie przybyłam oglądać, zaś latać. Dzień był słoneczny. Po niebie biegało parę białych baranków. Przed hangarem znajdował się przygotowany do startu dwuosobowy szybowiec. szybki rozbieg po trawiastym lotnisku, holowanie, wyczepienie i wreszcie… lot.

W ciszy, przy akompaniamencie świstów wiatru przedostającego się do kabiny przez małe okienko. Wokół nas mknęły inne białe ptaki. Znikający horyzont bawił się moim zmysłem orientacji. Pilot z wprawą oraz pewnością siebie ślizgał się bądź wspinał w kominach ciepłego powietrza. Obrazy przelatywały przed oczami niczym migawki z trójwymiarowego filmu. Wskazówka wysokościomierza pokazywała delikatne unoszenie. Zresztą nie musiała wskazywać, czułam wszystko w żołądku. 2, trzy metry na sekundę – wystarczające, aby po kilku okrążeniach nabrać odpowiedniej wysokości i lotem ślizgowym dolecieć do następnego komina termicznego. Godzina upłynęła w okamgnieniu. Krótki film o lataniu się skończył.

Tuż po lądowaniu podbiegła do nas obsługa. Wyciągnęli mnie z kokpitu. Pytali: jak było, czy łyknęłam bakcyla i kiedy zaczynam kurs?! Kolana drżały z emocji. Ciałem znajdowałam się już na lotnisku, aczkolwiek myśli wciąż szybowały nad dolinami. Z trudem było je pozbierać w całość, a tym bardziej ująć w słowa. Swoją drogą, jak wyrazić słowami takie wrażenia? Jak nazwać magię niezależności odczuwaną tam, w górze, w trakcie najdoskonalszego z mchów – wolnego unoszenia się w przestworzach? Jak przywrócić w pamięci te wspaniałe momenty, niedoścignione doznania? Chyba wyłącznie kolejnym lotem.